piątek, 17 października 2014

Zmota Challenge i 39 stopni gorączki

Rajdy "Zmota Challenge" na Suwalszczyźnie cieszą się ogromnym zainteresowaniem wśród off-roadowców. Mąż Mój - Pierwszy Najlepszy - już od lipca przebierał nóżkami, aby tam być!

Pech chciał, że zachorował na grypę 3 dni przed rajdem. Zachorował to złe słowo - UMIERAŁ sądząc po tym co wymyślał: kochanie...wszystko mnie boli...kochanie, zrób mi zimne okłady, zrób mi piciulku, kanapeczkę, rosołek - podaj pilocika, podaj tablecik, podaj ładowarkę, przynieś wodę i mogłabym tu w nieskończoność. A jednak - gdy nadszedł piątek migusiem się spakował - załadował do torby rakietę paracetamolu i ibuprofenu i tyle go widziałam. Został tylko pokój jak po wybuchu bomby z pilocikiem, tablecikiem, ładowarką, dwunastoma szklankami, pięcioma talerzami i odorem czosnku :D


A to jego relacja:

Październik...
minus 11 stopni...
Mamy Patrola i mocną wyciągarkę, która nie powinna zawieźć. Szykujemy się do 24-godzinnej jazdy. Zaprzyjaźniony kolega "sadownik" zaproponował, aby na daleką Suwalszczyznę pojechać tirem, którym wozi jabłka :-) W sumie fajny pomysł, bo daleko, a auto ma 24 lata wiec może być rożnie.
Pierwszy poważny i duży rajd. Na samym starcie organizator zaczyna straszyć, że teren mega ciężki, że bagna po 8 metrów bez dna i że nie było jeszcze wypadku śmiertelnego i może w tej edycji będzie itd. Już mamy pełne gacie od samego słuchania i nie myślimy nawet o tym, że Patrol waży ponad 2 tony. Ale co tam - Udajemy, że się nie boimy i że jesteśmy profesjonalistami.Na bazie rajdu same zmoty w naszej klasie i lekkie samuraje - O co chodzi?przecież to klasa Turystyk! Jak się później dowiedzieliśmy to tylko z nazwy turystyk... Zapowiadało się niezłe bagno...i dużo wąwozów. Ruszyliśmy! Na dodatek dopadła mnie gorączka jakieś 39 stopni, ale rajd opłacony wiec szkoda było nie jechać. Paracetamol w kieszeń i inne przeciwgorączkowe i hejdana... :)
No i się zaczęło... Tak jak obiecał organizator było zacnie i strasznie, ale w tym przypadku mroźny październik nas uratował. Część foto-pieczątek po dywanach udało się zdobyć tylko dlatego, że zamarzły. Szło nam dobrze. Dojechaliśmy do rzeczki, do której za żadne skarby nie chcieliśmy się pchać i ustawiliśmy się na końcu kolejki i dobrze :-) Auta zaczęły się topić, liny rwać, wszystko to działo się w nocy, w mroźnej rzeczce. No nie wyglądało to zachęcająco :-) Na szczęście kolega, który jechał z nami, utopił tam swojego 60 letniego Land Rovera i musieliśmy się wycofać. Była jakaś 2ga w nocy. Uff udało się....jutro na pewno tam nie pojedziemy.

Nie mam żadnych zdjęć z tego rajdu, ale te są moje ulubione:)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz