piątek, 1 lipca 2016

Terenowa Inwazja w Reszlu - lipiec 2016 - wielkie oczekiwania, męska walka i awaria kończąca rajd

Terenowa Inwazja w Reszlu 2016 to dopiero 2 edycja. W zeszłym roku był debiut - zresztą niezwykle udany:) W tym roku już od dawna wiele załóg szykowało się na Reszel niezwykle starannie. :D
Mąż Mój - Pierwszy Najlepszy i Gnieszko byli dobrym tego przykładem:)

Opis MM-PN jest niezwykle soczysty i ubarwiony w ciekawe słowa. Starałam się za bardzo nie cenzurować bo to przecież cały ON :-D

Uszanowanko!  ;-)
Rajd długo wyczekiwany i chyba najciekawszy  w sezonie 2016 więc Złomek został dobrze przygotowany i dobrze doinwestowany. Jak zwykle części dużo nie bierzemy bo po co?!?! Przecież Złomek się nie psuje ...:-) Pawlaczek w ostatnim tygodniu przygotowań zakomunikował, że ich Team nie jedzie bo kierowcy ich Zjebka, Yayca (jak zwał tak zwał) zmieniły się plany. Bardzo to obaj przeżyli bo wiedzieli, że impreza po rajdzie będzie nietuzinkowa...:-) a i ekipa się szykowała zacna (bo przecież my na te rajdy to jeździmy dla atmosfery i imprezy porajdowej :-)).

Urodził się pomysł żeby Pawlaczka dokoptować do naszej ekipy. Mieszko ponad 100 kilo stali więc im więcej wybieganych chłopaków do pomocy tym lepiej, a tu jeszcze na dodatek człowiek, który zbudował Złomka! fiu fiu :-) Lepiej się zacząć nie mogło...i nawet nie pomyślałem wtedy o tym powiedzeniu, że "jak się dobrze zaczyna to chu....wo się kończy" ...  Przecież my jedziemy wygrać :-) Bo to właśnie dziś mija rocznica 1go mojego rajdu Złomkiem i trzeba zmyć tez niesmak, który pozostał po tamtym roku :-/

Złomek zapakowany! Mieszko zapakowany! Pawlak zapakowany! Sezon truskawkowy w pełni... Cała reklamówka bimbru truskawkowego - zapakowana! Jedziemy już w piątek w południe :-)
Już w lawecie wiedziałem, że został mi 1 pilot i to na dodatek ten "dokładany na szybko".
Mieszko zaczął degustację truskaweczki po drodze... Wybomblował prawie całą butelkę tego zacnego trunku :-) Wiedziałem, że formy to on nie będzie miał do latania.:-/ Na szczęście mam Pawlaczka, który jest świadom wszystkiego...:-)

Jakoś dolecieliśmy. Wszyscy się ładnie zjeżdżają. Coraz więcej ekip, coraz ciekawszych zmotek. Upał 35 stopni w cieniu i zaczyna się czuć lekką adrenalinę przed Prologiem... Jeszcze tylko przejazd przez Miasteczko

 Odprawa i poszli my... JAK ZŁE!!!




Jak zwykle nie wytrzymałem ciśnienia i ustawiłem się 1szy w kolejce:) Trzeba było otwierać Prolog... Poszło całkiem całkiem, ale mogło lepiej bo cos 4ty bieg nie wchodził i musieliśmy jechać w odcięciu, więc pewnie parę sekund uciekło.


START! Ruszyliśmy jeszcze "za widna" z czego się cieszyłem. Podejrzewałem, że większość trasy uda nam się zrobić jeszcze przed nocą. Wystartowaliśmy ok. godz 19:00. Mamy 6h jazdy, więc ok. 1szej w nocy musimy oddać karty.


1wszy OS: Staw Maślaka!
Obok 300 metrów zaczyna się trawers - Gnieszko i Krzysiek źli, że jedziemy jako pierwsi, bo musimy czyścić, łamać i wytyczać trasę dla reszty. Ja trochę się cieszę, bo nie będzie tłoku i quadowców :) Mam 2 pilotów! Jeździ się komfortowo, pierwsze 15 minut i Mieszko komunikuje, że buty mu się skurczyły i cytuję "ni ch...a nie da rady chodzić" Ja pierd....dopiero ja to miałem z Mariolą na ostatnim rajdzie! Masakra....za długo stały na słońcu i są twarde jak skały.

Pawlaczek bierze sprawy w swoje ręce. Zapierdziela jak hart na wyścigach i po niespełna 45 min. wyjeżdżamy z tego trawersiku z kompletem pieczątek :-)  Ciekawe co dalej? Wracamy na Staw Maślaka. Wiedziałem, że może być głęboko po ostatnim rajdzie rok temu, ale nie wiedziałem jak bardzo. Mieszko wszedł sprawdzić - do brody woda z gnojem więc się martwiłem czy snorkla starczy. Szybko się okazało, że nie mamy śrubokręta żeby zamontować przedłużkę :-) Więc co tam... jedziemy... może się uda...


Mniej więcej na środku stawu chciałem zmienić bieg i jakiś patyk utknął w sprzęgle. Nie mogłem nic zrobić więc troszkę pompowałem to sprzęgło. Udało się, ale siedzę po szyję w tym gnoju. Wyjazd pionowy w korzenie i inne zarosła i patyki. Już zaczęliśmy wychodzić i słyszę strzał :-( nowego syntetyka który pęka centralnie pod autem.



W gorszym miejscu nie mógł pęknąć...nie ma go jak połączyć... no to jesteśmy w dupie... Na szczęście pojawiła się ekipa z Wyszkowa dużą maszyną na unimogach z mechanikiem i z wielkim trudem, ale nas wyciągnęli. Szybkie podziękowanie - auto na boczek, łączymy linę i zapierdzielamy dalej.



Okazało się, że ostatnia próba była banalna i spadamy na bazę. Jest godzina max 21:00 - jeszcze widno - nikt nas nie wyprzedził, a my wracamy z kompletem pieczątek. Lepiej być nie może... Okazało się, że na bazie jesteśmy jako pierwsi. Zaraz po nas podjechali Bracia Ś. z Wyszkowa, którzy mieli w sumie o 10 min. lepszy czas całego przejazdu. Czad!!! Drugie miejsce po nocy daje nadzieje! Fura cała :-)

To mamy duuuużo czasu żeby rozpocząć degustację "truskaweczek" już całą ekipą! I tak też zrobiliśmy :-) Jakieś papu i spanko :-) bo rano dalsza walka.
Bladym świtem rozpoczęliśmy drugi dzień. Trawers w wersji hard - prawdziwe piony, dużo załamań, w dole rzeczka z głazami. Było co robić! W jednym miejscu była zapięta asekuracja i dodatkowo pas na drzewo żeby uchronić się od boczka... Na tym trawersie też szybko się uwinęliśmy. Jest dobrze i wracamy na wczorajszy trawers wiec lajt - fiu fiu - oblecieć go w 30 min bo już wszystko wytarte i wyślizgane - będzie przyjemnie... Idziemy na pewniaka! Pozwalam sobie na coraz więcej i już widzę koniec trawersu gdy nagle strzał ze sprzęgła i dziwny odgłos mielonych się ząbków :-(
Szybka diagnoza: zmielone przełożenia reduktora, a reduktor zapasowy oczywiście w domu :-(
No to już wiemy, że imprezę zaczniemy dziś dużo szybciej niż wszyscy :-)
Tylko jeszcze trzeba jakoś wyjechać z tego wąwozu... Nie mamy napędów i mechanicznej wyciągarki... szlag.

Podjęliśmy decyzję, że ciągniemy się elektrykiem tylnym do przodu... Trwało to wieczność, ale udało się. Któryś z braci Masło - jeden z organizatorów - zaholował nas na bazę. Była 12:00 w południe :-/
A my zniesmaczeni, ale uśmiechnięci bo zaczynamy już bankiet (a do bankietu oficjalnego jeszcze 10 godz.)
Ok. 21:00 wytoczyliśmy się z hotelu bo wyjściem tego nie można nazwać :-)
Tak jak przewidywaliśmy - tylko u Franza na "Zmocie" można zobaczyć podobną "gościnę"tyle że tu za połowe ceny :D
Dosłownie jak na weselu! Ciepłe dania, zimne napoje i dużo zakąsek. Mieszko szybko się zawinął. Ja jakieś 2h po nim, a Pawlaczek chyba zaraz po mnie :-)

BYŁO TO NAPRAWDĘ DO WYGRANIA!!! :)
ale co...do zobaczenia za rok !!!


Ja - Żona - Pierwsza Najlepsza - dodam tylko od siebie, że MM-PN wrócił bardzo zmęczony po 3 dniach. Nie wiem czym bardziej - czy rajdem, czy "naparem truskawkowym" czy brakiem snu - gdyż ponieważ obaj Panowie - Gnieszko i Pawlaczek - podobno niezłe koncerty chrapania dają "po spożyciu" :D


Jeśli podoba Ci się nasz blog - polub nas na facebook:
https://www.facebook.com/offroadzimy




2 komentarze: