sobota, 22 października 2016

IX Pułtuska Integracja - leje, wieje, zimno, stromo i mokro, a na wynikach - gorąco!

Deszcz leje. 5 stopni na plusie. Ciemno, szaro-buro i ponuro. Wieje wiatr. W południe mooooże jakieś 7 stopni na plusie. Tak w skrócie można opisać cały dzień IX Pułtuskiej Integracji zorganizowanej przez Pułtuski Klub Terenowy.
Pobudka o 5:00. Wyglądam przez okno jednym okiem, bo drugie jeszcze śpi. No leje... Zimnica...
Budzi się Mąż Mój – Pierwszy Najlepszy. Jedno oko patrzy w okno – to samo oko (bo drugie jeszcze śpi) za chwilę patrzy na mnie i stwierdzamy razem zgodnie:
JESTEŚMY DEBILAMI!!!


Nikt o zdrowych zmysłach w taką pogodę nie wyłazi z domu o 5:30 (ani o żadnej innej porze – chyba że po browce na weekendzik) i nie spędza całego dnia "na świeżym powietrzu" podziwiając absolutnie naturalne zjawiska przyrody :D
Jednak wstaliśmy. Może weźmy gorącą herbę w termos?
Skąd???!!!???!!!
Już chyba ze trzy czy cztery termosy zgubiliśmy podczas rajdów.
Także ten tego... Herba na Orlenie będzie w drodze. :D

Od tygodnia słyszałam: Kochanie, musimy pojechać strategicznie. W Pułtusku Chłopaki zawsze zrobią tyle prób, że i tak wszystkie pieczątki nie będą do zdobycia. Strategicznie... Dźwięczy mi w uszach przez parę dni. I tak co dzień mi dziamgoli: Musimy pojechać strategicznie!
Na bazie byliśmy koło 8:00.
Zanim wyruszyliśmy i tak byliśmy zmoczeni. Deszczyk kapał i wcale nie miał zamiaru przestać.
Złomek nie ma drzwi – w czasie podróży lawetą 70 km na siedzeniach już były małe kałuże.
Także jak tylko posadziliśmy swoje dupkensy w Złomeczku – od razu zrobiło się "miło" :/
Z ciekawostek, to na "mokre" rajdy i niesprzyjające warunki bierzemy gumki. :)

Nie – nie używamy ich wówczas do tego, do czego są stworzone.
Nadają się idealnie jako wodoodporna osłona na smartfony i aparat (były fotopieczątki).
Po pierwsze – telefony są suche cały dzień pomimo przejazdów głęboką rzeczką, po drugie – przez gumkę nadal działa dotyk (WIADOMO :P).

W Chrzanowie – bo tu była baza IX Pułtuskiej Integracji – spotkały się 3 klasy – Wyczyn, Adventure i Extreem. Quadów nie widziałam – to najprawdopodobniej Ci o zdrowych zmysłach, którzy przebudzili się, popatrzyli w okno i stwierdzili: NIE JESTEM DEBILEM... IDE SPAC:)
Reszta taplała się w błocie, torfie, wodzie i na trawersach cały dzień aż miło :)
Załoga Offroadzimy dostała numer startowy – 1. To zobowiązuje:) Czas pokaże czy to tylko numerek na naklejce:)
Rozdane roadbooki, krótka, zwięzła i treściwa odprawa. Kategoria Extreem – pieczątki oznaczone na pomarańczowo, kategoria Wyczyn i Adventure – na "liliowy", "wrzosowy". Jako że  99% uczestniczących to panowie – od razu popłoch... co to za kolor?? W końcu ktoś rzucił głośno: FIOLETOWY!
Uffff... panowie odetchnęli z ulgą:) Zdanie kart wyznaczono na 16:30. Czasu nie aż tak wiele, a pieczątek sporo. Jak zwykle Organizatorzy nie zawiedli. :) Niby rok w rok jest podobny teren i podobne próby, a jednak zawsze ten rajd nas zaskakuje. I to jest świetne, bo zawsze chce się tu wracać.

Ruszyliśmy – Ja kierowca, Mąż Mój – Pierwszy Najlepszy – pilot i Złomek – z nową skrzynią biegów od Vitary i nowiuśkimi oponami Silverstonami. Roadbook – pomimo, że rysowany ręcznie, bardzo czytelny – nie sposób się zgubić. Metry zgadzają się co do cm. Tylko dojazdówki dość długie.
Wg roadbooka pierwsza próba – na bazie – torfowisko. Stwierdzamy, że skoro jest "prawie" na bazie – to lecimy dalej – jak zostanie nam czasu – zrobimy pod koniec dnia. Z tyłu głowy pamiętam: STRATEGICZNIE :D Dojeżdżamy na żwirownię. Szybko zbieramy pieczątki i robię tu swój pierwszy w życiu "lotny trawers", tzn. pieczątki są umieszczone tak, że należy poruszać się wzdłuż zbocza. Na dole taśma, więc nie można z dołu podjechać po każdą pieczątkę. Idzie nam to dość wolno, ale skutecznie. Zawsze podziwiałam załogi, które tak pięknie i szybko robią lotne trawersy. Wydaje mi się, że my nie robiliśmy ani pięknie ani szybko :P Ale kiedyś się nauczymy :D  Pieczątki zdobyte, zjazd w dół – i szok! Nie działają obie blokady. Miny mamy nietęgie, bo jeśli zerwaliśmy blokady kół to jesteśmy już w czarnej d... z dzisiejszym rajdem – nie mówiąc o naszym portfelu ;). Dogadujemy się, że gdy byliśmy na górze – Złomek siedział tyłem w krzaczorach i być może coś się rozpięło. Jakaż była radość i ulga gdy faktycznie blokady tylko się rozpięły na kostkach od kompresora... :)  Po drugiej stronie kolejna próba – szybkościowy OS – robimy od razu bo nie ma dużej kolejki, a i nie będziemy potem tu wracać. Pierwszy przejazd próbny – drugi już z liczonym czasem. Pada deszcz, więc piękna glina koloru sraczkowatego jest jeszcze bardziej sraczkowata niż normalnie, a przy tym ma konsystencję kupy 1-2 miesięcznego dziecka. Zapierdzielam od pierwszej sekundy. Ósemki - wąskie i kręte. Maciej twierdzi, że na każdym zakręcie odrywało się koło ale nic mi nie mówił, bo pewnie bym ze strachu zwolniła. :) Końcówka – jakieś 300 m wychylam lekko głowę, bo przez przednią szybę nie widzę nic - deszcz i ta glinka zalepiły mi skutecznie widoczność. Gazu nie odpuszczam. Nagle dostaję w lewo oko wielką kupą sraczkowatego błota. Szybka myśl, że meta blisko! Tak więc zaciskam oko – choć piecze mnie ostro – i gonię do mety. Po przyjeździe patrze na Maćka - na jego prawym oku widnieje identyczna kupa jak na mym lewym:) I też zacisnął i nic nie mówił:)
Szybkie przetarcie brudną rękawiczką i dalej – kolejne OSy :) Torfowiska, bagna, rzeczki. Około południa dołączyła do nas załoga filmowców - BXB Studio - Bartek Bakalarczyk wraz z synem Jankiem. I tylko dzięki nim mamy fotorelację i piękny film z rajdu. Niestety pogoda nie oszczędziła też sprzętu. Na koniec okazało się, że część materiału z kamer przepadła bez wieści. Sprzęt w deszczu czasem zawodzi, ale BXB Studio nie! Sami zobaczcie - powstał krótki, acz treściwy film, za co pięknie dziękujemy Bartkowi i Jankowi. :)

Na kolejnych próbach wyciągara pracowała ostro, bo tereny były mocno rozkopane. Pomimo tego pieczątki zbieramy po kolei jak leci. Dwa razy pękła nam lina - całe szczęście w dobrym miejscu, że można było załatać i walczyć dalej. Błota i torfu jak widać nie brakowało :)


Gdybym miała zapędy ogrodnicze - mogłabym wziąć trochę do doniczek - idealny materiał. Ale zapędów takowych u mnie brak - kwiatów zresztą też ;)





Jeden OS utkwił mi w pamięci na dłużej - niby mała rzeczka wzdłuż której usytuowane były pieczątki. Pytam sędziego czy jest głęboko czy warto zakładać wodery. Twierdzi, że jest wysoko, ale nie ma tragedii. U nas decyzja szybka - nie zakładam woderów - szkoda czasu. Wjeżdżamy do wody. I fakt - 11 czy 12 pieczątek było faktycznie bez tragedii, ale ostatnie 4 sztuki wlały mi do środka tyle wody, że chlupało i w butach, i w majtach. Było zimno, ale to w tej chwili się zupełnie nie liczyło. Pieczątki w komplecie.










Przemoczeni lecimy na kolejne próby. Dojazdówki koszmarne, bo oboje jesteśmy przemoczeni. Nic nie gadamy nawet do siebie. Jedyne co słyszę w słuchawce to odgłos szczękających zębów Maćka i 530 m w lewo, 1200 m - w prawo... Zostaje nam mało czasu. Ostatnią próbę robimy na mega speedzie, aby tylko oddać kartę na czas. Zdaje się, że się udało. Czuję, że jest dobrze. Nie wiemy jak reszta załóg, bo mało się widzieliśmy na trasie - było kilka wersji roadbooka - co rozładowało "korki" na próbach. O tym zawsze Organizatorzy myślą w najdrobniejszych detalach.

Zjeżdżamy na bazę. Zimno i mokro. Dupska przemarznięte. Przebieranie w lawecie nie należy do najprzyjemniejszych jeśli ściągasz z siebie gnój i błoto. A jeszcze trzeba wciągnąć czyste ciuchy i jakoś się rozgrzać. Na bazie grochówa - gęsta, gorąca i pyszna. Śmiało mogę powiedzieć, że w tamtym momencie miałam poczucie, iż nigdy nie jadłam nic pyszniejszego:) Do grochówki wypiłam 2 lufy wódki - zestaw idealny na rozgrzewkę. Wciągnęliśmy po 2 talerze zupy, rozgrzaliśmy się chwilę przy ognisku i czekamy na wyniki.

Zaczyna się od Extreem. Zaciskam kciuki bo liczę na jakieś II lub III miejsce. III miejsce - nie my..., zaciskam mocniej - może II - jak rok temu z Mieszkiem - II miejsce - nie my... Spoglądam na Maćka i mówię zrezygnowana cicho: PRZEJEBALIŚMY TO! I nagle I miejsce - załoga numer 1!!!!! TOĆ TO MY!!!!!!!!!!! To my mamy nr 1 i pierwsze miejsce. Aż wrzasnęłam z radości, i w podskokach - dosłownie - co widać na filmie BXB Studio - pobiegłam po puchar.




Ale byłam szczęśliwa - to nasze wspólne pierwsze - 1wsze miejsce :) Maciej z bolący kolanem - bo pośliznął się na mokrych liściach i spadł ze stromej ściany - dotrwał do końca i świetnie pilotował. Było fantastycznie! Wracaliśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi.

Dziękujemy Organizatorom za takie emocje, za wszystkie próby i za pyszną grochówę. Dostaliśmy też nagrodę - która baaaardzo się przyda.

I zostało najgorsze....
Cała niedziela pod znakiem prania...
To chyba jedyny minus mokrych rajdów :)


Do zobaczenia za rok!
BXB Studio - mam nadzieje, że również się spotkamy :)

Jeśli podoba Ci się nasz blog - polub nas na facebook:
https://www.facebook.com/offroadzimy












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz