sobota, 22 kwietnia 2017

Rozpoczęcie sezonu 2017 w Mamuciej Dolinie, czyli Sobota w Błocie vol. II

Po czym poznać, że zbliża się dla nas sezon offroadowy?
A no po tym, że całą zimę mogę kupować X par szpilek i XX sukienek, a gdy przychodzi czas Złomka - szpilki oglądam wyłącznie na Zalando :) W sumie to może i dobrze - zanim sezon się skończy - będzie już wyprzedaż ;) Mam już kilka upatrzonych :D
Ale do rzeczy, bo my tu przecież nie o szpilkach i kieckach :P
Po zimie trzeba było odkurzyć trochę naszego niebieskiego potwora. Krzyś Pawlak zajął się kompletnym serwisem, a my zaczęliśmy przygotowania do pierwszego naszego rajdu w tym roku.
Plany na start 2017 roku były bardzo zacne, aby zacząć już w lutym. Plany te pokrzyżowała pogoda... Jednak Złomek to nie auto na srogą zimę - zwłaszcza na dojazdówkach do OSów. Pizga, aż makijaż odpada z zimna, co w moim przypadku nie jest wskazane ;)

Jakieś dwa miesiące temu zapisaliśmy się na Kamyki. Dużo dobrego słyszeliśmy o tym rajdzie i postanowiliśmy, że pojedziemy. Po miesiącu okazało się, że w tym samym terminie chłopaki ze Stowarzyszenia offroad Narew 4x4 Łomża organizują drugą edycję Soboty w błocie. Rok temu bawiliśmy się fantastycznie na tym rajdzie i decyzja zapadła, że jednak jedziemy na Mazury.

W pierwszej kolejności zrobiliśmy zakupy - wodery neoprenowe - o jakież to cudowne COŚ!!! Jeśli ktoś z Was poważnie myśli o off-roadzie to jest to zakup MUST HAVE. Po pierwsze - ciepło - włazisz do lodowatej wody, do bagna, do rzeki i nic - nic nie czujesz... nie odczuwasz ani stopnia Celcjusza mniej niż temperatura ciała. Po drugie - są w miarę przylegające do ciała co skutkuje tym, że nie wygląda się w nich jak ostatni debil... Bo generalanie w zwykłych woderkach - to jest więcej HAHAHAHA niż lansu. A nawet rzekłabym, że dla tych co w nich łażą jest jakby mniej HAHAHA a więcej OJAPIERDOLĘ... Po trzecie - nie pocisz się w nich. Po czwarte - po nawet najbardziej mokrym rajdzie ściągasz je i masz nadal suche i czyste majty.

Drugi, bardzo ważny i fajny zakup to smartfon pancerny - myPhone Hammer IRON 2. Z telefonami podczas rajdów borykamy się wszyscy. Każdy ma swoje metody na nieuszkodzenie ich - wydaje mi się, że przetestowaliśmy większość i tak suma sumarum to i tak trzeba było po prostu kupić coś dedykowanego do rajdu! Dodam, że nie jest to wydatek kilku tysięcy PLNów ale zaledwie pincet zeta. Podejrzewam, że już nie raz utopiliście więcej niż pincet w bagnach i rozlewiskach ;) Telefon ten jest naprawdę niezawodny. Podczas ostatniego rajdu miał chrzest bojowy - pływał w wodzie, brodził w błocie a na miejscu, gdzie były wyrwane linki od pieczątek robił zdjęcia - po czym na sam koniec poprowadził nas na nawigacji GoogleMaps aż do samej Mamuciej do bazy. W końcu mieliśmy ten komfort, że mogliśmy mieć kompletnie wyj....ne na smartfony :D

Mało tego - zdjęcia może nie są najlepszej jakości, ale na potrzeby foty z pieczątką sprawdza się jak ta lala. Zobaczcie:



Rajd Sobota w błocie zaczęliśmy od 6:30. SERIO!!!!!! o 6:30 byliśmy na bazie... sami! samiuteńcy! Dlaczego??? a no Mąż Mój Pierwszy Najlepszy stwierdził, że co tam zbiórka o 8:00. Trzeba być wcześniej:) No i tak czekaliśmy jak te parówy na wszystkich i witaliśmy przybyłych niemalże jak gospodarze :D Dodam jeszcze, że ten sezon zaczęliśmy w konfiguracji - Mąż Mój - Pierwszy Najlepszy jako kierowca - ja Żona Najlepsza - pilot. W zeszłym roku ja kończyłam za fajerą, więc nie było wyjścia - kolejka jest kolejka i pilnujemy jej bardziej niż czegokolwiek. :)

Ruszyliśmy na trasę jako jedni z pierwszych chociaż w rajdzie udział brało 100 załóg. I tak na początek  - jak zwykle popieprzyliśmy roadbooka - ale ale - nie aż tak - bo okazało się, że jakimś cudem trafiliśmy od razu na OS2. Zrobiliśmy wszystkie 3 pieczątki i cofnęliśmy się do OS1. Wstęp bardzo dobry - tniemy po kolei bez użycia wyciągarki. Lecimy dalej - daleka droga przed nami - 123 pieczątki do zdobycia i 15 OSów zakończonych 16tym - czasówką. Trasa świetnie oznaczona - nawet w przypadku problemów z roadbookiem - można co jakiś czas zobaczyć taśmy - wtedy wiesz, że jednak nie jest aż tak tragicznie i że jednak może jedziemy dobrze, zgodnie z planem :) To co podobało mi się bardzo to świetnie, czytelnie oznaczone pieczątki. Najbardziej nie znoszę rajdów, gdzie wpadasz na próbę i szukasz jak ten osioł pieczątek po 2 godziny, bo są tak oznakowane, że wcale. Tu nie było absolutnie tego problemu. Sobota w błocie była naprawdę w błocie... Okolice Biebrzańskiego Parku to hektary rozlewisk, tony błota (wszak ostatnie tygodnie to deszcz, deszcz, śnieg, deszcz...) i moczary w lasach. Pomimo, że prób aż 15, nie zauważyłam większych korków. Dodatkowo - genialnie pomyślane przez organizatorów położenie OSów. Pętla ok 50 km, ale dojazdówki bardzo fajne, krótkie i przyjemne. Najdłuższa, która była to ok 7-8 km na sam koniec do bazy. Złomek na próbach radził sobie świetnie, praktycznie dwa razy użyliśmy wciągarki i to bardziej przez frajerskie zakopanie niż faktycznie z potrzeby. Najbardziej podobały mi się próby na rozlewiskach gdzie po cycki trzeba było brodzić w wodzie, aby się podstemplować. Zero drzew, tylko woda i wystające patyki. Dużą trudnością dla wielu załóg okazała się próba błotna w szczerym polu. Faktycznie - utknąć tam to już dupa. I pomimo, że wjeżdżasz i mówisz sobie: oooooch jak tu pięknie.... to po chwili okazuje się, że nie jest pięknie. Wtedy tylko siedzieć i czekać, aż ktoś przyjedzie i Cię wyciągnie łaskawie. Nie ma się do czego podpiąć a im bardziej chcesz wyjechać, tym bardziej lgniesz i okopujesz się jak ten żuczek gnojarek. Nam udało się sprawnie przejechać, ale obstawiam, że nie jeden tam posłał całe litanie.



To czego zabrakło wg mnie to trawersy - ale i tereny nie są górzyste, więc pretensji nie mamy. ;)
Organizatorzy i tak stanęli na wysokości zadania, bo "załatwili" aż trzy żwirownie, żebyśmy mogli chociaż trochę polatać po piasku i po górkach. Żwirownie nie były trudne, ale bardzo przyjemne. Można było się wyjeździć i pobiegać.

Około 13:00 okazuje się, że została nam jedna próba i mamy do tej pory wszystkie pieczątki. Jedziemy podjarani bo czasu jeszcze dużo, a pozostaje 18 pieczątek do zdobycia. Ostatni OS też załatwiliśmy sprawnie - wracamy szczęśliwi na bazę. Jest komplet - 100% stempelków. Na bazie czasówka. Najpierw przejeżdżamy ją powolutku bez liczenia czasu. Oglądamy - jest krótka, ale dość kręta i wyboista. Generalnie - chwila nieuwagi i bardzo łatwo wyciąć w pejzaż. Mąż Mój Pierwszy Najlepszy rusza. Czas 39 sek z groszami. Póki co - drugi czas. O 5 sekund lepsza jest załoga braci Ś. :) Pozdrawiamy Championów ;) Cały dzień ich "ganialiśmy" :) Bracia Ś. jeżdżą bardzo dobrze, widujemy się na przeróżnych rajdach i zawsze kibicujemy. Około godziny 14tej zdajemy kartę. Adrenalinka odchodzi - lecimy na michę i obmyć zabłotniałe gęby. Wracamy po 17tej na wyniki i imprezkę. Część załóg dopiero zjeżdża. Widać, że wszyscy zmęczeni, ale szybko jaśnieją im twarze i banan wskakuje gdy widzą czym częstują Organizatorzy. :)

Zagrycha do tegoż trunku wcale nie była gorsza. Typowe dania dla tego regionu - kartacze (uwielbiam! zwłaszcza ze skwarkami i cebulką), kiszka ziemniaczana, żurek i cała masa innych pyszności. Wszystkiego na full. Stoły się uginają i smakuje wszystko wyśmienicie.

Oczekiwanie na wyniki. Trochę się przedłuża i część osób zapomina już spółgłosek. W końcu są. Piękna blondyneczka z długimi rzęsami i przystojni Panowie ogłaszają wyniki. I jest! Jest II miejsce. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Super nagrody! Piękne puchary!

To dobry początek sezonu.
Gratuluję Organizatorom. Rajd nie był z tych najtrudniejszych, ale można było się wyjeździć, pobiegać i wieczorem jeszcze świetnie spędzić czas.
Do zobaczenia.



Jeśli podoba Ci się nasz blog - polub nas na facebook:
https://www.facebook.com/offroadzimy










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz