sobota, 23 września 2017

Wyrowisko 2017 - czyli o tym jak Mąż Żonę mechanikiem z błota wyciągał :D

Nasza przerwa w offroadowaniu była dluuuuga... Praktycznie całe wakacje Złomek stał w garażu, dlatego tym bardziej chciało się pojeździć. Rok temu w ostatniej chwili musieliśmy zrezygnować z Wyrowiska, ale teraz nie było opcji! Bardzo chcieliśmy sami ocenić ten rajd :)
I powiem krótko! WYROWISKO oceniamy 10 na 10! Na medal! na 6 z plusem!:)
I spokojnie zaraz się z tego wytłumaczę :)
Argument numer 1: Wystarczy spojrzeć na buźkę Męża Mojego! Pierwszego Najlepszego:)
Jak widzicie - tym razem to On za fajerą, a ja pilotka :P



Ale od początku...
Na początku był haos! Jak zawsze:) Organizacja przedrajdowa to u nas kuleje tak samo jak czytanie roadbooków :P nie było jeszcze rajdu, żebyśmy czegoś nie popieprzyli po metrach :P
Mieliśmy na to 2 miesiące, ale oczywiście dopiero w czwartek przed rajdem Złomek pojechał do Krzysia Pawlaka na przegląd i serwis. W piątek Mąż Mój Pierwszy Najlepszy cały wieczór w rozjazdach - po lawetę, z lawetą, po Złomka, ze Złomkiem. Jakoś po 22:00 był w domu. Ja już wtedy prawie spakowana - prawie - bo do końca zastanawiałam się co będzie lepsze - wodery czy pianka? Lało cały tydzień, a nawet i miesiąc, a nawet i dłużej... ma być głęboki staw, błota i torfu całe tony. Decyzją Maćka - zakładam jutro piankę:) Jak się potem okazało - był to strzał w 10tkę!
Do naszych dzieci na ratunek gdy rodzice "bawią się w swoje zabawy" jedzie moja Siostrzyczka <3, która widząc co dzieje się za oknem tylko puka się w głowę. Pobudka 4 rano - aż przykro patrzeć na to co na dworze... a miało nie padać! TVNy kłamią! Miało nie padać :D
Jedziemy prawie 2h do Bełchatowa. Na miejscu pierwsze miłe zaskoczenie - BAZA pod dachem i to w cieplutkim miejscu, a tam od rana jedzonko, herbatka, stoliczki, kanapy do siedzenia + BAR dla zainteresowanych i spragnionych, tudzież zmarzniętych:)
Scena prezentuje się nad wyrazem okazale i uroczyście.


Rajd zaczyna się OSem szybkościowym. Jest blisko. Jedziemy jako trzecia załoga zgodnie z numerem startowym. OS mocno kręty, więc prędkości tam nie nabierzesz bo wylot za taśmy murowany! Przejechaliśmy go bardzo ładnie, dokładnie, bez większego ciśnienia. Lecimy na pierwsze bagienko. Lecimy... a na miejscu już niespodzianka - w bagienku utopiona pierwsza załoga. Sporo pieczątek do zdobycia, niektóre są mocno wymagające. Upatrzyłam jedną taką "wredną małpę" :) ... i idę.. Mąż Mój -  Pierwszy Najlepszy tłumaczy spokojnie - Za głęboko! Wciągnie cię błoto... odpuścmy ją!
Ja - wiadomo..."najmądrzejsza" "wiem lepiej" "co mi tu będziesz opowiadał za bzdury" "jeszcze ci pokażę, że nie tak głęboko" "dam radę" "mam piankę, co mi się może stać?"... i za chwilę jedna myśl: "miał q..wa rację..." :)
Robię jeden krok, dość twardo, kolejny i kolejny i nagle, chluuuup. po pas jestem w gęstym błocie. Nie ma nawet najmniejszych szans, abym się ruszyła. Ruszyła! Nie mówiąc o wyjściu:) Szarpie się w tym błocku jak Świnka Peppa, ale nic. Jest jeszcze gorzej. Na szyi mam pas do drzewa i linę w łapach - bo serio byłam pewna, że jednak dojdę do tej pieczątki :-D Ja naiwna...
No i wtedy wesoło rzucam hasło do mego Macieja - WYCIĄGNIJ MNIE WYCIĄGARKĄ!
Aż zapluł szybę ze śmiechu:) Ale, ale.. po chwili i on orientuje się, że nie ma innego wyjścia. Jeśli pójdzie po mnie to oboje tam zostaniemy na wieki wieków:) Zakładam pas pod pachy - podpinam linę i powoli MECHANIKIEM zostaje wywleczona na brzeg :D Jakież to było widowisko :) Przez cały ten czas "wyciągania" słyszałam głośny śmiech Maćka:)  Jak ja żałuję, że nie mam video z tej akcji :D Byłaby kuuuuupa śmiechu :)
No więc po tej "pieczątce" decydujemy szybko, że podbijamy to co w miarę do ogarnięcia i lecimy dalej.  A dalej jest tylko lepiej  - 4 pieczątki punktowane po 3 pkt. Nikogo nie ma. Pieczątki czyściutkie więc przed nami też nikogo nie było. Robimy, a co tam.  Na trzeciej kolejna przygoda. Trzeba przejechać przez większą wodę. Nie wygląda na jakąś mega głęboką. Staję na rurce, a Maciek wjeżdża i wtedy szok - Złomek wbija się dziobem tak, że właściwie cały przód jest w wodzie, a ja spadam do tyłu i daję kolejnego nura - tym razem aż się podtapiam - to woda - nie błotko :) Wynurzam głowę z brudnej, zimnej wody i myślę sobie tylko o jednym. GDYBYM BYŁA W WODERACH TO NAJPRAWDOPODOBNIEJ PODTOPIENIE MOGŁOBY SIĘ SKOŃCZYĆ O WIELE GORZEJ :)
Zanim doszłam do siebie i otworzyłam oczy, których nie mogłam niczym przetrzeć - minęło trochę czasu. Najważniejsze, że interkomy działają - czyli jednak są wodoodporne:D
Ale, ale... to nie koniec przygód... Zdobyliśmy te pieczątki. Wyjeżdżamy na drogę. Sygnalizuję kierowcy, że lina z mechanika jest jakoś dziwnie I złowrogo napięta, i ani w jedną ani w drugą... Podciągamy Złomka do góry i kibel :( Lina splątana i to nie wiadomo jak daleko. Ciągniemy i ciągniemy i końca nie widać. Jako że mamy 120 m nawinięte na bęben to trochę nam zeszło. Najpierw brak noża, siekiery, maczety... czegokolwiek by przeciąć linę... Mieliśmy fart, że przejeżdżała załoga i poratowali nas siekierką. Wyciągamy linę i nawijamy na nowo. Znowu sygnalizuję, że słyszę, jak coś telepie pod maską... Tak! Q...wa ... telepie... pasek klinowy. Zapasowy mamy, ale możemy sobie co najwyżej na niego popatrzeć, bo klucza U NAS NIET, NIE NADA! Akurat przejeżdżała załoga - chyba 108 :) i pomogli nam i z kluczem i z wymianą. Chłopaki, DZIĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘKI!!! W między czasie też orientujemy się, że zerwał się wężyk od tylnej blokady ... a i hamulce coś słabo działają - zalepione błotkiem. Więc jakby to powiedzieć, sprawni do końca to my nie jesteśmy, a rajd właściwie dopiero się zaczyna i nabiera rumieńców.
Możemy ruszać dalej. I całe szczęście, bo myślałam, że zacznę już napierdzielać pompki na drodze w lesie... Nur do wody w piance jest totalnie obojętny jak się ruszasz - jak się nie ruszasz - jest q..wsko zimno.
Szczerze mówiąc, to miałam nadzieję, że limit pecha na dziś został wyczerpany:) Popołudnie pokazało, że nieee :D Wyrowisko ma dla nas nowe wyzwania:)

Kolejne próby - żwirownia - poszła szybko i sprawnie. Dla Złomka to nie był trudny OS.

Dalej torfy i bagienka, i kolejne próby - znowu torfy i bagienka:D Zdobyliśmy tu dużo pieczątek, chociaż tereny były już zaorane i ciężkie. Każda pieczątka to było wyzwanie, ale mieliśmy sporo czasu, więc krok po kroku, metr po metrze, centymetr po centymetrze i do celu.

Ostatnia próba - STAW z zieloną pływającą rzęską :) Nie wiem, czy był to celowy zabieg Organizatorów, aby staw kończył rajd, ale jestem pewna, że KAŻDA załoga z Extreme, która tu dotarła - ucieszyła się, bo można było wypłukać z aut tony zalepionego błota. My ucieszyliśmy się bardzo!  Staw głęboki - idę przodem - sprawdzam grunt i wytyczam trasę. Woda sięga mi właściwie prawie pod szyję.
Zresztą zobaczcie sami:

Maciek wjeżdża - w tym momencie wszystkie butelki z wodą, powerrade'y pływają wokół Złomka, kierownica też pod wodą. Robimy 4 pieczątki i wyjeżdżamy bo Złomek traci moc, prądu braknie.


Wyjeżdżamy, woda wylewa się ze Złomka i słychać znowu jakieś telepanie... Patrzymy na siebie z niedowierzaniem... bo drugiego paska już nie mamy. Maciej sprawdza - nie - to nie pasek. Co jest grane? I w końcu wiemy... pech jakich mało...
W Złomku mieliśmy jakąś szmatę, która służyła do przetarcia rąk albo pieczątki i ta właśnie szmata poszła w górę w stawie, ale niestety wraz z opadaniem wody - wkręciła się w wał napędowy - SZMATA JEDNA! :D Nie dało rady wyciągnąć jej własnymi rękoma.
Decydujemy, że zostawiamy resztę pieczątek i powolutku, pomalutku zjeżdżamy na bazę. Musimy to zrobić tak, aby szmata nie rozpieprzyła nam czegoś po drodze.

Zdajemy kartę, wciągamy Złomiszcze na lawetę i przed nami jeszcze tylko przebiórka z naszych wyjściowych wdzianek - nieco mokrych - i oczekiwanie na wyniki. Fajnie, że na bazie ciepło i gorąca micha. Posililiśmy się, rozgrzaliśmy się nieco % - wszak towarzystwo było genialne, ba! Nawet ze dwa razy kapciem zakręciłam na parkiecie :D

Zajęliśmy III miejsce w klasie Extreme Mechanik. :) 

Tu oficjalne rozdanie nagród:

Co mogę powiedzieć o samym rajdzie, z poziomu uczestnika klasy Extreme:
BARDZO, ALE TO BARDZO NAM SIĘ PODOBAŁO!
1. 150 załóg
2. pewnie nie pomylę się jeśli powiem, że przewinęło się z 500 osób przez cały dzień
3. zero kolejek na OSach - przynajmniej w Extreme
4. krótkie dojazdówki - to co tygryski kochają najbardziej :)
5. fajny OS szybkościowy - krótki, nieprzekombinowany
6. STAW na sam koniec - czyli czyste auta
7. trudne, wymagające tereny
8. świetna baza
9. zbieranie kasy na szczytny cel, na Fundację "Szansa"

A to najlepsze podsumowanie dla Załogi BGO WYR4x4:



Jeśli nie będzie kolejnych edycji najbardziej widowiskowych Bałtowskich Bezdroży - to Panowie i Panie Organizatorzy/Organizatorki - śmiało możecie pretendować do zajęcia tego miejsca :) 
Bałtów czy Bełchatów - jeden pies :D Wszyscy się przyzwyczają ;-)

Wyrowisko wpisujemy na stałe w nasz kalendarz.

Po tym rajdzie też wiemy, że konfiguracja Maciej - kierowca, ja - pilot - też się sprawdza. Jeździło się nam wspaniale, współpracowało jak nigdy dotąd, zero ciśnienia, zero krzyków i wkurwu. Na Wyrowisku pojechaliśmy pierwszy raz strategicznie i przyniosło to efekt w postaci III miejsca. Różnica w punktach była niewielka i gdyby nie pech, który dziś nas trochę prześladował - kto wie... moglibyśmy być wyżej. Ale pudło to pudło :) Chłopaki z I i II miejsca pojechali pięknie i bardzo im gratuluję! :)


Na Wyrowisku świetnie nam się jeździło.
Ale wiem dlaczego...
Bo oboje - jak nikt - uwielbiamy smród błota na rozgrzanym silniku :D
I nie ma co - takie "rzeczy" ludzi łączą :D
Gorzej tylko, że po powrocie w łazience, w wannie już jakoś Maćkowi się ten zapach nie podoba i umywa ręce - gdy trzeba pomyć pianki, wodery i gacie z błota :D a wtedy ja zakasuję rękawy. Mnie tam nadal się podoba :D

Do zobaczenia Bełchatów!

Jeśli podoba Ci się nasz blog - polub nas na facebook:
https://www.facebook.com/offroadzimy











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz