sobota, 26 maja 2018

Kiedy założę szpilki??!!??!! Czyli Ciechanowska "Pechowa dla mnie" Explozja! :D

Powiem tak:
Nie wybieraliśmy się na ten rajd, bo… w niedzielę komunia w Zambrowie. Komunia Mojej Chrześnicy, na którą w końcu nie dojechałam. :( Zaczęło się pięknie, gorzej się skończyło. Ale od początku.
Dzieci tym razem „rozlokowaliśmy” wcześniej  i w sumie jakoś tak pusto i cicho zrobiło się w piątek wieczorem…

Laweta już stała pod blokiem – Złomek u Pawlaczka, my spakowani… NUDA! Mąż Mój – Pierwszy Najlepszy rzuca od niechcenia: wiesz… Pawlak z Michałem to już dziś jadą…
Hmmmmm….. to jest myśl… aby trochę „przyspieszyć” ten piątkowy nudnawy wieczór ja rzucam od niechcenia: wiesz… a może i my byśmy dziś pojechali? Co tu robić? Wszystko gotowe :)
Mężu memu zaświeciły się oczy i zanim pomyślał to już przelewał swoje PIGWÓWKOWE tematy do buteleczek :P
Jak pomyśleli (od niechcenia) tak uczynili… w pół godziny dostaliśmy takiego SPEEDA, że uradowani o 21:00 wyruszyliśmy na Ciechanów ze Złomkiem na plecach.
- super, ze już dziś będziemy na miejscu to się wyśpimy…
- tak, tak, nie będziemy musieli rano wstawać i pędzić… i się wyśpimy...
- zaoszczędzimy dużo czasu i się WYŚPIMY…
- tak, tak….
- wyśpimy..
- tak, tak…

Spaliśmy max 3-4h :D  Krzysiek i Michał to super towarzystwo do nocnych offroadowych dyskusji. Obgadaliśmy wszystkie rajdy! Planowaliśmy kolejne! No nie dało się spać :P
Kiedy zadzwonił budzik – nie wierzyłam, że to już… Jak quasimodo dopełzłam do lusterka i wtedy ucieszyłam się niezmiernie, że spakowałam puder i tusz do rzęs :D
Patrzę w okno… coś tam kapie, malutki deszczyk, nie ma tragedii. Przynajmniej wiadomo, że nie ma sensu zakładać woderów. Na bazie – pomimo średniej pogody – bardzo miła i towarzyska atmosfera. Dla klasy Extreme to jedna wielka niewiadoma. Organizatorzy zrobili tę klasę pierwszy raz i sami nie wiedzieliśmy na co się szykować. Załóg zgłosiło się sporo – chyba 14 – jak na pierwszy raz to super wynik. Organizacja wszystkich zachwyca od pierwszej chwili.
Krótka, konkretna i treściwa odprawa i start. Deszcz zacina coraz bardziej.  Jedziemy po roadbooku papierowym. Powiem Wam coś… NIGDY PRZENIDGY PO ŻADNYM RAJDZIE PRZEZ 5 LAT NIE WIDZIAŁAM TYLU POZYTYWNYCH KOMENTARZY ODNOŚNIE ROADBOOKA! Piotr K. powinien dostać złoty medal za to co zrobił :) I jest to fakt! Co do cm z takimi idioto-odpornymi  opisami, że Walduś z Kiepskich dałby radę to przejechać bez pomyłki. Za takie rzeczy naprawdę należą się brawa.
Wjeżdżamy na pierwszą próbę. Pierwsza próba, która wszystkim dała w kość. Ale… chyba nam najbardziej. Dała w kość i to dosłownie! Każda pieczątka to nie lada wyzwanie. Nad wszystkimi trzeba było się nagimnastykować, aby je zdobyć. Zdobywamy… ciężko potwornie, ale idziemy metr po metrze. To naprawdę EXTREME w pełnym wydaniu! Prawdziwe moczary, bagna, grube jak pień kępy 2-metrowej trawy i śmierdząca woda w niewidocznych rowach. Żeby dojść do pieczątki i wyznaczyć trasę od pierwszej chwili moczyłam się po cycki. Mąż Mój - Pierwszy Najlepszy mógł poznać gdzie jestem tylko po ruchu wysokich traw, bo nie było mnie widać absolutnie. Łapałam się czego mogłam – głównie na powierzchni ziemi utrzymywały mnie kępy traw. MASAKRA NAWET DLA EXTREME. Nawet nie chciałam myśleć i sobie wyobrażać ile to przeróżnych żywych istot chodzi po moim kombinezonie i próbuje się przedrzeć pod... Drzewka cienkie, w wodzie – więc ciężko się czepiać, bo padają jak zapałki.
Walczymy. Próba „Dobre Nowiny” (nie wiem skąd ta nazwa…) daje wszystkim popalić. Widzę, że wszystkie załogi (a raczej piloci) – mocno zmęczeni – niektórzy nawet pobladli z wysiłku. Jedziemy dalej – bagnistą drogą – po prawej pieczątka. Trudna pieczątka. Decydujemy, że ją bierzemy. Bagno..trawa… grube kępy trawy i woda. Jakoś doczłapałam do drzewka. Bardzo cienkie, ale jedyne, do którego mogę zapiąć linę. Zapinam na samym dole, a i tak mam wątpliwości czy drzewo wytrzyma. Nagina się mocno, ale stoi. Mechanik ciągnie tonę błota i nagle pęka lina. W sumie nic wielkiego… liny na rajdach pękają. Mamy syntetyka, więc lina po prostu opada. I w sumie, nic wielkiego by się nie stało, gdyby nie to, że drzewo było nagięte do granic wytrzymałości i niestety odbiło z pasem i hakiem. Pech chciał, że metalowy hak przypieprzył mi całą siłą w nogę.
To co pamiętam to uderzenie gorąca do głowy… później nieprawdopodobny ból i ZAJEBISTY STRACH co się dzieje pod kombinezonem.  Moje myśli w tej sekundzie to jeden wielki zlepek kompletnych bzdur:
- nigdy nie założę już szpilek…
- na pewno będę miała operację i śruby w nogach…
- nie będę mogła już pilotować..
- nie będę mogła ćwiczyć na siłowni…
- na pewno zostanę w szpitalu w Ciechanowie… A CHCĘ DO DOMU!!!
- zero aktywności fizycznej…
- jak dobrze, że to nie głowa…
- jak dobrze, że to nie kolano…
- jak dobrze, że to nie zęby… (protetyka w Polsce kosztuje :P)

Mówię spokojnie do Maćka, aby przyszedł do mnie. Trzeba stanąć oko w oko z moją nogą. Mąż Mój – Pierwszy Najlepszy odwija srebrną taśmę. Co najlepsze – zawsze się na mnie wkurzał, że nawijam tej taśmy za dużo, że po co… że wystarczy dwa okrążenia – nie dziesięć :P Ja wolę więcej niż mniej, więc pomimo tego, że wiem, iż będzie dziamgolił – robię swoje :P  W tym momencie oboje się cieszymy, że było jej dużo więcej, bo jednak trochę zamortyzowała uderzenie. Noga wygląda niebezpiecznie źle. Jest w niej po prostu dziura… Dziura taka, że wchodzi cały kciuk. Teraz już jestem mocno obsrana co mnie czeka….

Jedziemy do hotelu, muszę się obmyć bo jestem po szyję w błocie – nie wypada tak jechać na SOR :D Deszcz leje jakby ktoś lał wiadrami z góry. Trafiam do świetnego ciechanowskiego ortopedy. Później na RTG. Cały czas jestem przerażona, bo mam świadomość tego, jaką siłą ciągnie mechanik w bagnie. Czekam na wynik… Jakimś cudem…SERIO CUDEM… noga nie jest złamana. Jest potężny obrzęk wewnętrzny i krwiak, ale nie ma złamania. W życiu nie czułam takiej ulgi… Jakoś się wyliżę :D Lekarz proponuje zastrzyk na tężca. „Dziękuję, miałam miesiąc temu…” Tak… przy okazji rozciętej głowy. Jakaś czarna, jeb….a seria. :/

Wracamy do domu.
Jest mi autentycznie smutno.
Cieszę się, że nie ma tragedii w nodze, ale jest mi najnormalniej w świecie smutno. Tak po prostu... Bo ja po prostu KOCHAM Off-ROAD...
Pomimo, że jestem optymistycznym człowiekiem z natury, to mnie zasmuciło…  i trzymało długo :/
I było mi tak smutno przez cały tydzień.. póki nie założyłam szpilek :D Opuchnięta noga, krwiak i szpilki :D tak to prezentowałam się w pracy.

Maciej po wypadku dbał o mnie jak najlepiej. Swoją drogą, mogłabym powiedzieć o nim wiele rzeczy dobrych i też niezbyt pochlebnych, ale wtedy gdy dzieje się ze mną coś niedobrego – sprawdza się w 110%. Nawet czasem przesadza :P   <3

A Ciechanowska Explozja – zachwyciła wszystkich! Organizatorzy zebrali tyle pochwał, że nie mogli udźwignąć. Przez ponad 2 tygodnie w komentarzach same Ochy i Achy jak było świetnie! I ja się pod tym podpisuję. Pomimo tego, że byliśmy tylko na jednej próbie – wiem, że to był mega dobry rajd!
Co niektórzy od razu pytali o jesienną edycję! Wcale nie przeszkodziła pogoda, ogromny deszcz i potworny wiatr.

Tu kilka zrzutów:






My natomiast też otrzymaliśmy puchar. Puchar, którego nigdy nie chciałam dostać! Puchar Pechowca Rajdu! :P

Panowie z Ciechanowa, Darku i Maćku – możecie być z siebie dumni. RAJD był 10/10 :)
Może kolejna edycja będzie dla mnie łaskawsza:P

Jeśli podoba Ci się nasz blog - polub nas na facebook:
https://www.facebook.com/offroadzimy





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz